Życie wydaje się być nieustannym czekaniem. Ciągle na coś czekam, na kolejny cios, na zmiany, na coś dobrego, na coś złego, na coś trudnego ale oczyszczającego dla mnie. W międzyczasie wydarzają się inne wydarzenia i zmienia się mój punkt odniesienia.

Kiedy dzieci są chore czekam na poprawę….

Kiedy słyszę od Pana Męża „ty suko” czekam aż Bóg ześle grom z jasnego nieba….

Kiedy słyszę od syna „kocham Cię mamo” czekam aż czarne chmury się rozstąpią nade mną….

Kiedy w pracy czuję się bezwartościowa – poprawka – TRAKTOWANA JAK BEZWARTOŚCIOWA – czekam kiedy ten pieprzony dzień się skończy….

Kiedy piszę kolejnego bezsensownego sms-a który nie doczeka się odpowiedzi czekam aż ktoś wreszcie wybije mi ten obłęd z głowy….

Kiedy słucham kojących nut czekam aż spadnie mi ten ogromny ciężar z serca, chociaż na krótką chwilę….

Czekam i czekam, od wielu lat czekałam aż wreszcie dotarło do mnie że to na co czekam nigdy nie nastąpi. Nastąpiło natomiast to czego nie przewidziałam w najgorszych koszmarach….