Były takie momenty, kiedy myślała, że już dłużej nie da rady. Że za chwilę coś w niej pęknie i stanie się coś złego, a właśnie ona to zło wyrządzi. Zawsze uważała się za silną i wytrzymałą kobietę, jednak ostatnie miesiące doprowadziły ją do kresu sił. Owszem – miała wsparcie fizyczne, pomoc w codziennych trudach opieki nad dwójką maluchów, jednak wsparcie psychiczne to coś zupełnie innego – tego brakowało jej najbardziej. W tych trudnych chwilach, kiedy wieczorem dzieci już spały i wszystko w domu zostało zrobione, lubiła uciekać myślami do innej rzeczywistości. Albo pogrążała się we wspomnieniach, p0rzywoływała dawne obrazy jej barwnego życia, albo snuła wizje odległej przyszłości, kiedy to chłopcy są już samodzielni, a mama może wreszcie trochę czasu poświęcić własnemu życiu – zadbać o siebie, nadrobić zaległości towarzyskie itd. Ten przeklęty czas, którego ciągle jej brakowało. Presja tysiąca niewykonanych obowiązków domowych, która ciążyła na niej jak stukilowy głaz. Obsesyjne wręcz poczucie odpowiedzialności za wszystko doprowadzało ją niekiedy na skraj załamania nerwowego. Nieliczne wyjścia z domu okupione były poczuciem porażki – nieraz bez makijażu, w ciuchach pierwszych lepszych z brzegu, bo na przemyślany wybór nie wystarczyło już czasu, czuła się totalnie zaniedbana i nieatrakcyjna, a było to zupełnie nie w jej stylu. I brak zrozumienia, słowa otuchy….

Jak bardzo była teraz inna.