Po długiej przerwie jestem spowrotem… Przyznam że trochę mi brakowało tej pisaniny, myśli tak mi się skłębiły w głowie że już nie miały wolnej przestrzeni. Oczywiście, tradycyjnie tekst notki ułożyłam sobie w głowie wieczorem 26 grudnia, nietrudno sie domyślić że nic z tego do dziś nie pozostało. Coraz częściej dochodze do takiej konkluzji że trzeba pójść za przykładem blogowego kolegi i pisać w zeszycie, a później w olnej chwili przepisywać. Może to nie jest takie do końca spontaniczne, ale ponad wszelką wątpliwośc skuteczne.
Od około 2 tygodni nie mogę sobie poradzić z drganiem lewej powieki. Codzienna dawka magnezu jak narazie nie przynosi oczekiwanych rezultatów. Może jak osłowi ze Shreka już tak zawsze będzie „oko latać” :)
Zaa okna w moim służbowym pokoju bardzo nieśmiało przedzierają się przychmurzone jeszcze promienie słońca. Tak to sie stało że 28 grudnia mamy wczesną jesień lub przedwiośnie – jak kto woli. Tyle że wody trochę za mało jak na jedną i drugą porę przystało, bo przeciez o zimie to nawet nie wspomnę… Świat zwariował i coraz częściej daje temu wyraz…